Kościół Akademicki w Rzeszowie

Parafia Rzymskokatolicka pw. św. Jadwigi Królowej w Rzeszowie, al. T. Rejtana 21

Ziemia Święta /Pielgrzymim szlakiem/

11 kwietnia 2018

                                                                Ziemia Święta

Muszę stwierdzić, że od młodzieńczych lat tkwi we mnie duch turysty. Kiedy byłem podrostkiem i lubiłem jeździć rowerem po okolicznych wioskach, mówiono mi, że dojrzałość wyleczy mnie z gorączki włóczęgowskiej. Kiedym dojrzał i jeździłem motocyklem, przesuwano termin na średnie lata życia. Kiedym ich doszedł i stałem się właścicielem samochodu, jeździłem po całym kraju z dziećmi swoimi i cudzymi na rozgrywane turnieje szachowe. Twierdzono, że uspokoję się na starość. Teraz, kiedy mam siódmy krzyżyk, muszę stwierdzić, że swędzenie nie ustało. Dlatego nie byłem w stanie odmówić znajomemu księdzu propozycji, jaką złożył, ażeby pojechać z nim na pielgrzymkę do Ziemi Świętej.

Zgłosiłem się do biura turystycznego TRINITY w Rzeszowie, gdzie dokonałem stosownych opłat i odliczałem dni do wylotu, który nastąpił w sobotę 16.09.2017 roku. Na lotnisku trzeba było zameldować się trzy godziny przed odlotem. Mieliśmy lecieć lotem czarterowym samolotem izraelskich linii lotniczych. Gdy parkowałem samochód przy lotnisku, przyjechał autokar z Częstochowy i widoczne było, że to też pielgrzymi. Po zbiórce w terminalu biuro turystyczne TRINITY, w którym wykupiłem pielgrzymkę, wręczyło mi materiały reklamowe i szarfę. Z tegoż biura turystycznego leciało cztery grupy pielgrzymkowe, każda grupa otrzymała inny kolor szarf. Moja grupa dostała szarfy w kolorze niebieskim, a innym grupom przypadły żółte, czerwone oraz zielone. Było to praktyczne, gdyż po założeniu szarf grupa wyróżniała się kolorem, a ponadto każda grupa miała innego przewodnika. W grupie żółtej leciało kilku wojskowych, moich znajomych z Rzeszowa. Widywaliśmy się później kilka razy podczas pielgrzymki.

Po potwierdzeniu i odnotowaniu przybycia, pielgrzymi ustawiali się w kolejkach do odprawy, aby przejść szczegółową kontrolę przez izraelskie służby. Najpierw zdawaliśmy bagaże, a później wszyscy bez wyjątku zostawali szczegółowo przepytywani o cel wizyty, o to, czy nie mam kogoś znajomego w miejscu, do którego lecę, czy sam ładowałem bagaże, czy mi ktoś czegoś nie podawał do przewiezienia, czy nie posiadam broni, narkotyków albo ostrych narzędzi, czy są to moje torby bagażowe. Jedna siostra zakonna powiedziała, że dostała torbę od Matki Przełożonej, to ją długo trzymali na przepytywaniu, aż się z tego wytłumaczyła, a oni zrozumieli, że siostry w zakonie nie mają własnych rzeczy. Zadawałem sobie pytanie, czy to strach i ostrożność służb izraelskich, czy próba i pokaz upokarzania Polaków, pokazania im pogardy i miejsca w szeregu. Po długotrwałych oczekiwaniach udałem się do samolotu, a miejsce przypadło mi w samym ogonie. Lecieliśmy samolotem linii izraelskich, który miał 360 miejsc, 60 rządów po 6 miejsc w rzędzie, a wszystkie były zajęte. Z lotniska wystartował z godzinnym opóźnieniem. Samych pielgrzymów z naszego biura turystycznego było blisko 200 osób. Po wyglądzie, ubiorze i mowie wiadomo było, że samych Polaków leciało około 80%, ale zapowiedzi i komunikaty przekazywane były tylko w języku hebrajskim i angielskim. Pomimo olbrzymiej przewagi polskich pasażerów, nie usłyszeliśmy języka polskiego, i to też odczułem, jako wyraz lekceważenia i pogardy. Akurat na Podkarpaciu w czasie mojego pielgrzymowania było załamanie pogody, padał w tym czasie deszcz, więc po starcie i gdy samolot wzniósł się na wyższą wysokość, widać było pod nim tylko chmury, dopiero po około godzinie zaczęła się pokazywać ziemia, a byliśmy już pewno nad Rumunią. Od tej chwili cały czas było pięknie widać ziemię, a na niej pola, rzeki, lasy, drogi, góry, jeziora, Morze Czarne z cudownym liniami brzegowymi i bajkowo wyglądającymi miastami. Kolejno leciałem nad Turcją i Morzem Śródziemnym, i po trzech godzinach z lotu ptaka oglądałem wybrzeże izraelskie i stolicę Izraela Tel Aviv, gdzie szczęśliwie wylądowaliśmy. Tam, po kolejnej odprawie, ale już szybszej od polskiej, odebraliśmy bagaże i podjechaliśmy autokarem do miejsca na lotnisku, gdzie czekał na nas przewodnik i przejął nad nami swoją pieczę. Od tej pory byliśmy zdani na niego. Powinienem „niego” pisać z dużej litery, bo trafił się nam naprawdę przewodnik z najwyższej półki.

W czasie całej pielgrzymki dużo czasu spędziliśmy w drodze i wtedy ksiądz Piotr opowiadał bardzo ciekawie o miejscach, o zdarzeniach, o historii, oraz tłumaczył znaczenie słów zawartych w Biblii. Nie lubił słów puszczać na wiatr, kiedy słyszał w autokarze rozmowy podczas jego wykładu, to wyraźnie dawał wyraz swojego niezadowolenia, i po zwróceniu uwagi pielgrzymi słuchali aż miło, ku  pożytkowi wszystkich oraz pełniejszej wiedzy o Ziemi Świętej.

Prosto z lotniska wyruszyliśmy do Betlejem odległego około 70 kilometrów. Po drodze wstąpiliśmy do Ajn Karem -Sanktuarium św. Elżbiety, ośrodka franciszkanów. Potem przejechaliśmy do Betlejem i uczestniczyliśmy w pierwszej mszy świętej odprawionej na Ziemi Świętej. Ksiądz Piotr już od pierwszej mszy św. wprowadził nas w nastrój, który nazwę nastrojem miejsca. Polegał on na tym, że choć nie był to czas bożonarodzeniowy, z radością podczas mszy śpiewaliśmy kolędy. Głoszone podczas codziennych mszy świętych krótkie, wspaniałe homilie odbierałem jako nauki rekolekcyjne. Odnosiły się one zarówno do treści czytań i Ewangelii, które były pełne sensu, prowokujące do przemyśleń.

W czasie przejazdu do sióstr na mszę i później do hotelu przewodnik cały czas oswajał nas ze swoją sobą, opowiadając barwnie i wesoło, przez co od razu wszedł w bardzo dobrą relację z pielgrzymami. Opowiadał o tutejszych terenach, tradycjach, o mieszkańcach i ich zachowaniach oraz ich filozofii myślenia. Podczas tego przejazdu opowiadał pewnego rodzaju anegdoty, obrazujące mentalność semicką i nasze odniesienie do niej. Prosił, byśmy pochopnie niczego nie oceniali, ale starali się zrozumieć tę ziemię i jej mieszkańców. Jako przykład przywołał anegdotę z morałem o pewnym rabinie szukającym swego następcy spośród swych uczniów. Rabin wysłał ich na swego rodzaju misję, a potem oczekiwał relacji z niej. Pierwszy kandydat na rabina wspomniał, że spotkał chrześcijanina i że udało mu się przekonać go do judaizmu. Rabin odparł – bardzo dobrze. Drugi pochwalił się, że nawrócił muzułmanina na żydowską religię. Rabin uznał to za niezwykłe osiągnięcie. Trzeci zaś ubolewał, że nic mu się nie udało. Nikogo niezwykłego nie spotkał, tylko zaczepił go inny Żyd i tak strasznie narzekał, i gadał, że nawet nie dopuścił go do słowa. Ów kandydat pożalił się, że niczego nie dokonał, nie przekonał nawet swego rodaka i nie udało się go nawrócić, ale za to go trochę zrozumiał. Rabin powiedział: ty osiągnąłeś najwięcej, bo zrozumieć drugiego człowieka to rzecz największa i najtrudniejsza. Dlatego otwórzmy szeroko oczy i serca, by pośpiesznie nie oceniać, ale strać się zrozumieć tę ziemię i jej ludzi.

Na temat modlitwy powiedział anegdotę, jak to trudno jest się skupić na modlitwie i jak pewien wielki uczony i święty obiecał, że podaruje rycerzowi konia, jak odmówi modlitwę „Ojcze nasz” bez roztargnienia i odrywania myśli od modlitwy. Rycerz zaczął odmawiać modlitwę, ale przerwał po dwóch słowach i zapytał, czy dostanie konia z siodłem czy bez. Wtedy zamilkł, bo zrozumiał jak trudno się skupić tylko na modlitwie. Opowiadał o zwyczajach żydowskich w czasie szabatu: Żyd w szabat wszystko robi, aby nic nie robić.

Mówił, że Żydzi, gdy składają sobie życzenia, to mówią do zobaczenia w następnym roku w Jerozolimie. Życzenia i marzenia stoją obok siebie i podobno nawet z marzeń można zrobić konfitury, wystarczy tylko dodać owoce i cukier. Tak też Żydzi przez pokolenia marzyli o państwie Izrael i Jerozolimie i w 1948 roku ich życzenia się spełniły. Populacja Żydów w Polsce była jedną z największych na świecie. Od przewodnika dowiedziałem się, że podczas tworzenia się państwa Izrael zastanawiano się, jaki wybrać język urzędowy w nowym państwie żydowskim i język polski przegrał zaledwie kilkoma głosami z językiem hebrajskim. Podobnie zastanawiano się, gdzie utworzyć nowe państwo Izrael. Było kilka propozycji: Madagaskar, druga w Polsce na terenie ziem kresów wschodnich i inna, by wrócić na ziemie Palestyny. Ta ostatnia opcja zwyciężyła znów tylko kilkoma głosami.

Podczas przejazdu, oprócz tego, że nasze uszy słyszały ciekawe opowieści, to ponadto oczy napawały się pięknymi widokami. Krajobrazy zupełnie inne niż u nas. Gdzie okiem sięgniesz, widzisz całą różnorodność od gór piaszczystych czy kamienistych po równiny, na których widać tropikalne rośliny, takie jak palmy, cyprysy, eukaliptusy, całe plantacje bananowców, palm daktylowych, cytrusów, gaje oliwne i inne. I tak dalszą drogę przemierzaliśmy pośród nieskończonych skwerów i zielonych alei, pośród nowoczesnej i pompatycznej architektury. Na całej drodze była dżungla reklamowych tablic, ale większość w języku hebrajskim czy arabskim.

Podróż się zakończyła i wieczorem dotarliśmy do hotelu. Pierwsze 5 noclegów mieliśmy w Betlejem w hotelu prowadzonym przez araba. Po zakwaterowaniu obfita obiadokolacja. Obfitości na stole szwedzkim było dużo, ale kto nie był wybredny, to mógł sobie podjeść do syta. Kto trochę wybredny, podjadł tak sobie. Asortymentów było dużo, ale według ich tradycji żywieniowych. Ja nie narzekałem, jadłem wszystkiego po troszeczku, aby posmakować wszystkich dań. Dużo było owoców, jarzyn, warzyw w różnego rodzaju sosach, przyprawach, makarony, ryż, opiekane (ziemniakom podobne) ziemniaki, kawałki mięs w różnych przyprawach i zalewach. Do tego pieczywo zwykłe i o nazwie pita, podobne do podpłomyków. Do przepicia na stole stała zimna woda w dzbankach.

Na śniadania jajka gotowane, jajecznica smażona, przysmażane parówki, plasterki kiełbas, pomidory, ogórki, sery, owoce,  jogurt, chrupki i inne dziwolągi. Kiełbasy i parówki skosztowałem tylko raz, drugi raz nie dałbym się namówić. Do picia kawa i herbata oraz soki i woda. Zarówno obiadokolacje, jak i śniadania niewiele różniły się od siebie, codziennie podobne z niewielkimi zmianami. Powiedzmy na 12 wystawianych dań, 8 się powtarzało, a 4 się zmieniało. Przez 8 dni była możliwość popróbowania różnych produktów. Na początku przewodnik informował i ostrzegał przed możliwymi skutkami działania miejscowej flory bakteryjnej, która jest inna niż nasza. Jako lek i ochrona zalecana była po posiłkach dezynfekcja układu pokarmowego 50 czy 100 ml  alkoholu, co też czyniłem. Ale i tak pod koniec pielgrzymki dopadły mnie dolegliwości brzuszne. Ale jak się ma silną wolę i mocne zwieracze, to do przykrej niespodzianki nie dopuściłem.  Za to po powrocie do domu tydzień dochodziłem do normalności.

Codziennie rano mieliśmy pobudkę o szóstej rano, w pokoju budził dzwonek telefonu stacjonarnego, o 6:30 śniadanie i 7:15 wyjazd na kolejne zwiedzanie. Tam ruch zaczyna się dopiero przed 8:0 rano, więc mogliśmy bez utrudnień dotrzeć do celu bez korków czy wyjechać poza zatłoczoną Jerozolimę. Co się rzucało w oczy to fakt, że dzieci do szkoły chodzą grupkami, osobno chłopcy, osobno dziewczęta. Wszyscy mają mundurki i po ubiorze można poznać, do jakiego rodzaju chodzą szkoły.

Niedziela, drugi dzień pielgrzymki. Najpierwudaliśmy się do Betanii, po drodze zatrzymaliśmy się i napotkaliśmy tam jedną z atrakcji turystycznych. Przy rogatce leżał sobie wielbłąd. Fotografia z wielbłądem kosztowała bodaj jeden dolar, a przejażdżka na nim 5 dolarów. Najodważniejsza był siostra zakonna, która z nami pielgrzymowała: odważyła się usiąść na wielbłądzie. Ja sam czekałem z gotowym aparatem, aby zrobić zdjęcie, a wtedy wielbłąd dwoma ruchami najpierw energicznie wyprostował przednie nogi i podniósł się na tylnych, a następnie na  przednich. Wśród anielskiego pisku, jaki wydała z siebie siostra podczas wstawania wielbłąda, podziwialiśmy ją w górze. W tym przypadku dosłownie i w przenośni siostra urosła w naszych oczach. Dobrze, że przy siodle, na którym usiadła, znajdowały się uchwyty, bo mogła trzymać się mocno i dzięki temu nie upadła na ziemię. Gospodarze tych terenów starają się zaskakiwać, oferując różne atrakcje czy towary.

 

Dotarliśmy na miejsce do Betanii. W Ewangeliach miejscowość ta zasłynęła dzięki rodzeństwu: Marcie, Marii i Łazarzowi zaprzyjaźnionemu z Jezusem. Jest znana również z tego, że miało tu miejsce spotkanie Chrystusa w domu Szymona Trędowatego oraz namaszczenie olejkiem nardowym nóg  Zbawiciela. Woń tego drogocennego olejku do dziś pamiętam. Zakupiłem ten olejek w pobliskim sklepiku. Tam zwiedziliśmy kościół pod wezwaniem św. Łazarza, a w nim zabytkowe posadzki  i mozaiki przedstawiające wskrzeszenie Łazarza, rozmowę Jezusa z Martą i Marią oraz wiele innych. Kościół jest bez okien, jedynie umieszczone w kopule latarnie dają nikłe światło, co symbolizuje prawdę o świetle pochodzącym od Boga.

Następnie pojechaliśmy nad rzekę Jordan – tam odnowiliśmy przyrzeczenia chrzcielne połączone z polaniem wodą po głowie.

 

Przewodnik ksiądz Piotr Mierzwa dokonuje odnowy przyrzeczenia chrzcielnego z polaniem wodą.

Obecni tam prawosławni, ubrani w długie koszule, dokonywali odnowienia chrztu przez trzykrotne całkowicie zanurzenie w wodzie Jordanu.

 

Kolejno udaliśmy się do Jerycha - najstarszego miasta świata. Tam zatrzymaliśmy się koło sykomory, drzewa, na które miał się wdrapać niskiego wzrostu Zacheusz, aby lepiej widzieć Jezusa.

Z Jerycha udaliśmy się nad Morze Martwe, a że lustro jego wody jest zaniżone o 426 metrów od poziomu Morza Śródziemnego. Jadąc po drodze do niego odczytywaliśmy tablice informujące, ile metrów poniżej poziomu morza znajdujemy się w danym miejscu. Morze Martwe jest największą depresją w świecie. Kiedy dojechaliśmy do niego, zauważyłem, że jego poziom jest niższy o kilka metrów niż 12 lat temu, kiedy tam byłem. Czemu Morze Martwe wysycha, a lustro wody opada corocznie o około 50 cm?  Dzieje się to wskutek rabunkowej gospodarki wodą, która zamiast zasilać jezioro, jest zabierana do nawadniania pól uprawnych. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, każdy chciał skorzystać z możliwości kąpieli wodnej i błotnej. Jest to zapewne bardzo zdrowe, co widać było po jednej kąpieli w morzu, gdzie skóra zrobiła się gładziutka, jakby nowo narodzona. Przewodnik polecał, aby nałożyć okładziny błotne na całe ciało, albowiem są bardzo korzystne dla organizmu. Ponieważ małpą nie jestem i nie mam długich rąk, jak ona, a sam po plecach nie miałem się jak posmarować błotem, więc poprosiłem do pomocy współpielgrzyma, ale musiałem od razu oddać mu taką samą przysługę. Przewodnik ostrzegał, żeby szczególnie uważać i broń Boże nie dopuścić do zachlapania oczu słoną wodą czy błotem. Na plaży były rozlokowane prysznice ze słodką wodą do zmycia z ciała wody słonej i pozostałości błota.

 

Znad Morza Martwego przejeżdżaliśmy przez pustynię Judzką do wąwozu Wadi Kelt z widokiem na starożytny klasztor zawieszony na skałach - klasztor Jerzego Kosiby, i na chwilę zatrzymaliśmy się na niej. Przy sposobności przewodnik przedstawił znaczenie pustyni jako symbolu. Pustynia jest milczeniem, wyciszeniem od wielu niepotrzebnych spraw czy rzeczy. Pustynia pomaga doświadczyć człowiekowi własnej nędzy, tam człowiek znajduje się sam na sam z Bogiem. Potrzeba ogromnej odwagi, żeby wybrać pustynię. Dziś świat boi się pustyni, boi się ciszy. Znawcy wnętrza człowieka są zdania, że potrzeba hałasu jest symptomem strachu, nierozwiązanych problemów, ucieczki od myślenia.

Nie tylko podczas mszy świętej, ale przy zwiedzaniu różnego rodzaju miejsc, obiektów, zabytków, czytaliśmy fragmenty Pisma Świętego czy Ewangelii, które tyczyły się tych miejsc, osób bądź zdarzeń upamiętniających wydarzenia z życia Jezusa. Jak pod koniec pielgrzymki podliczyliśmy, to okazało się, że przeczytaliśmy ponad sto takich fragmentów. Tak się złożyło, że pośród uczestników pielgrzymki były laureatki konkursu biblijnego i to one najczęściej czytały wybrane fragmenty. Zawsze po czytaniu w miejscu, które odwiedzaliśmy, ksiądz Piotr wstawiał ciekawy komentarz i tłumaczył niektóre wersety, abyśmy mogli zrozumieć treść przekazu, gdyż w rozumieniu dosłownym było to niekiedy zbyt skomplikowane, aby to zrozumieć, a po wyjaśnieniach przewodnika, rozumieliśmy to głębiej, a czasem inaczej niż się nam pierwotnie wydawało.

3 dzień – poniedziałek. Po śniadaniu wyjazd do świętego miasta Jerozolimy. Tam nawiedziliśmy Betfage – miejsce wjazdu Jezusa do Jerozolimy, które rozciąga się na zboczach Góry Oliwnej. To tu rozgrywały się sceny, które przeżywamy w Niedzielę Palmową. Fresk nad głównym ołtarzem kościoła w Betfage przedstawia wjazd Jezusa do Jerozolimy. Znajdujący się w kościele kamień według przekazu nosi odcisk stopy Jezusa, gdyż służył jako stopień, gdy Pan siadał na osiołka.

 

 

Na poboczach Góry Oliwnej znajduje się duży cmentarz żydowski. Miejsca pochówku są tam bardzo drogie, gdyż Żydzi wierzą, że z tego miejsca pierwsi będą mogli przejść za Mesjaszem w Dniu Odkupienia i Zmartwychwstania przez Złotą Bramę, która znajduje się po przeciwnej stronie Góry Oliwnej. Góra Oliwna ma ogromne znaczenie religijne, gdyż Jezus przebywał na niej wiele razy podczas wielokrotnego pobytu w Jerozolimie. Na tej Górze nauczał Apostołów, przepowiadał zniszczenie Jerozolimy i płakał nad jej losem. Tam został pojmany i z tej Góry wstąpił do nieba. W tym dniu zwiedziliśmy też Kaplicę Wniebowstąpienia, Kościół Pater Noster, grotę, w której Jezus spotykał się z apostołami, Ścianę Płaczu,

 

Wieczernik, Bazylikę Zaśnięcia NMP i Kościół św. Piotra in Gallicantu. Był to bogaty program zwiedzania i dla nas dość intensywny, tym bardziej, że temperatury sięgały 35 stopni.

4 dzień pielgrzymki - wtorek. Podczas śniadania przewodnik zaproponował nocną przejażdżkę autokarem po Jerozolimie. Myśl tą poddał kierowca i została ona chętnie przyjęta przez zdecydowaną większość uczestników. Dodatkowy koszt przejazdu to bodaj 10 dolarów od osoby. Po śniadaniu wyjazd do Jerozolimy. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę, aby zakupić pamiątki. Głównym celem pielgrzymki w tym dniu było odwiedzenie Grobu Pańskiego, przed którym po odstaniu w stosunkowo niedługiej kolejce, mieliśmy okazję zobaczyć, adorować i dotknąć tego niezwykłego miejsca. Zaczęliśmy od Sadzawki Bethesda i domu św. Anny oraz miejscu narodzenia Matki Bożej. Zatrzymaliśmy się przy bramie owczej, mającej też nazwę Brama Lwów lub Św. Szczepana. Zwiedzaliśmy również Sadzawkę Bethesda. Jak mówią historyczne przekazy, było to uzdrowisko wodne, rodzaj naszego SPA. Oprócz kąpieli też leczono - pacjenta odurzano narkotykami, dawano do grot i podziemia świątyni, gdzie chory zasypiał i później lekarzom opowiadał sen, według którego oni diagnozowali chorobę. Następnie przeszliśmy na Lithostrotos, gdzie Jezus był sądzony przez Piłata, a potem ubiczowany i cierniem ukoronowany. Stamtąd też wąskimi uliczkami, pośród straganów, wypełnionych kupcami i kupującymi, przeszliśmy stacje Męki Pańskiej. Tam kiedyś prowadzono Jezusa w otoczeniu tłumów ludzi, pośród okrzyków pogardy, bicia, popychania, gdzie przeszedł swoją ostatnią drogę prowadzącą do śmierci na krzyżu. W bazylice Zmartwychwstania i Grobu Jezusa oprócz Golgoty i Grobu Pańskiego odwiedziliśmy miejsca związane z męką: Kaplicę Rozdzielenia Szat, Kaplicę św. Heleny i grotę, gdzie znaleziono relikwie krzyża, Kaplicę Wyszydzenia i Kaplicę Adama.

Zmęczony, ale szczęśliwy po wypełnionym całodziennym programie zwiedzania, powróciłem do hotelu na obiadokolację. Po niej z wielką dozą ciekawości wybrałem się na zapowiadaną przejażdżkę „Jerozolima nocą”.

Najpierw przejechaliśmy ulicami miasta, które nocą tętni życiem i wygląda bardzo ciekawie i kolorowo. Do tej pory Jerozolimę miałem okazję oglądać tylko w dzień, gdzie podziwiałem ulice, budynki, mury dzielące dzielnice arabskie od żydowskich, gaje oliwne i inne tereny zielone, rozłożone wśród wzgórz i dolin z korytami wyschniętych potoków. Wszystkie te śliczne widoki przeplatane wzgórzami i dolinami, jawiły się na tle błękitnego i bezchmurnego nieba, które towarzyszyło nam przez cały czas pielgrzymowania. W nocy linia horyzontu odcinała się od gwieździstego nieba, które od samego styku z ziemią, na całym nieboskłonie świeci milionami błyszczących gwiazd. Miasto w nocy oświetlone jest tysiącami różnorodnych lamp umiejscowionych tak, że podkreślają piękno miasta, a skrywają brzydotę i nieporządek, który też tam jest na porządku dziennym. Wśród takiej scenerii przejechaliśmy ulicami Jerozolimy do miejsca widokowego, z którego, zwłaszcza nocą, widoki zapierają dech w piersiach. Była ciepła i bezchmurna noc z wyiskrzonym niebem, które zlewało się z niezliczoną ilością różnokolorowych lamp czy jupiterów oświetlających całe miasto. Stałem na placu widokowym jak zaczarowany i wydawało mi się, że znajduję się w jakimś bajkowym miejscu.

Nic nie trwa wiecznie, więc kolejny etap przejażdżki to przejazd przez dzielnicę Mea Szearim (Stu Bram), gdzie  mieszkają ortodoksyjni Żydzi. Tam życie wieczorem toczy się na wolnych obrotach, inaczej niż w dzień. W dzień jest wrażenie, że gdzieś się śpieszą i chodzą pochyleni do przodu, charakterystycznie długimi krokami, z podciągniętymi do góry ramionami. Wieczorami całymi rodzinami, niekiedy nawet kilkunastoosobowymi, wychodzą na ulice. Wtedy ich kroki są powolne, wręcz dostojne. Bywają odświętnie ubrani, może przynajmniej tak się wydawało zza szyb autobusu. Stoją grupami i dyskutują, spacerują, siedzą przed domami czy jakimiś kafejkami. Nie sposób ich nie rozpoznać. Mężczyźni w czarnych chałatach, obowiązkowo w czarnych dużych kapeluszach, spod których wystają pejsy czy bokobrody. Kobiety gromadzą się raczej koło siebie i zajęte są dziećmi. Ubiór ich też jest charakterystyczny: długie, ciemne szaty, głowy zakryte i olbrzymia przewaga raczej szczupłych sylwetek, chociaż długie powiewne szaty skutecznie skrywają krągłości i otyłości. Przewodnik tłumaczył, że podobno przed dzielnicami ortodoksyjnymi są jakieś znaki czy napisy, które mają ostrzegać turystów przed nadmierną ciekawością, że oni (Żydzi) nie są małpy, i nie chcą, żeby ich oglądać. Mówi się, że najlepiej smakuje zakazany owoc, więc z jeszcze większą uwagą i ciekawością obserwowałem tych ludzi. Ponieważ była noc, przy sztucznym oświetleniu nie zauważyłem, jaki panuje porządek na ulicach i przy domach. Interesował mnie bardziej ich sposób bycia, zachowania, ubioru, poruszania się itp... 

Kiedy obserwowałem ludzi korzystających wieczorem z wolnego czasu, widziałem całe gromadki dzieci biegających wokół dorosłych. Pomyślałem, że u nas w podobnych sytuacjach jest odwrotnie jak u nich, ponieważ u nas wokół jednego dziecka biega dwoje dorosłych rodziców, a niekiedy jeszcze i babcia.

Z przejażdżki wróciliśmy coś przed północą. Kładę się szybko spać z głową pełną wrażeń. Zmęczony przeżyciami usnąłem tak mocno, że kiedy nocą, nie świecąc światła, prawie na śpiąco ruszyłem za potrzebą fizjologiczną, długo nie mogłem zrozumieć, że drzwi do lodówki to nie są drzwi do ubikacji.

Środa - 5 dzień pielgrzymki. Wyjazd na Górę Tabor. Po wyjeździe wydawało się, że deszcz wisi w powietrzu, były ciemne chmury i ożywcza mgła, która utrzymywała się do samej Góry Tabor tak, że szczyt góry był okryty mgłą i niewidoczny. Całe szczęście, że wyjechaliśmy wcześnie rano do miejsca, skąd busy wywoziły pielgrzymów na górę. Uniknęliśmy przez to kolejki, gdyż kilka minut po naszym przyjeździe przyjechało 10 autokarów z pielgrzymami. Dopiero po pewnym czasie opadła mgła i z góry można było podziwiać piękne okolice. Na Górze Tabor, w Kościele Przemienienia Pańskiego, mieliśmy mszę świętą, jak zwykle z interesującą homilią. Z Góry Tabor udaliśmy się na Górę Ośmiu Błogosławieństw, gdzie ksiądz Piotr pielgrzymom kazał usiąść w ławkach ustawionych w ośmioboku, tam, gdzie każdemu podpowiada intuicja, niekoniecznie tam, gdzie siada koleżanka czy nawet małżonek. Prosił, byśmy zapamiętali tekst błogosławieństwa umieszczony w witrażu przed naszymi oczyma oraz znak i opis cnoty chrześcijańskiej na posadzce pod naszymi stopami. Później wyjaśnił to zadanie, byśmy właśnie to błogosławieństwo szczególnie w życiu realizowali i pracowali nad cnotą, którą niejako Bóg nam wskazuje. Następnie przejechaliśmy do Kafarnaum, do domu świętego Piotra, gdzie Jezus często przebywał, kolejno do Tabga - miejsca cudownego rozmnożenia chleba i ryb. Zatrzymaliśmy się również nad brzegiem Jeziora Galilejskiego, miejsca cudownego połowu ryb i ustanowienia Prymatu, czyli pierwszeństwa św. Piotra w Kościele.

Przyjemną atrakcję turystyczną był rejs statkiem po Jeziorze Galilejskim.

 

 Po rejsie zrobiliśmy postój nad jeziorem, gdzie była przystań i jadłodajnia, gdyż trudno to nazwać restauracją. Jaka jadłodajnia, taki też i plac wokół niej, czyli mnóstwo różnych rzeczy rozmieszczonych w artystycznym nieładzie. Na uwagę zasługiwały ciągniki na bardzo wysokich kołach, które służyły do wyciągania łodzi motorowych z jeziora. Jadłodajnia - wygląd z wierzchu pożal się Boże, ale wewnątrz do zniesienia. Do tej jadłodajni przyjechaliśmy na słynną rybkę świętego Piotra. Naprawdę warto było, gdyż porcje ryby były duże i bardzo smaczne plus do tego pyszne dodatki.

 

Czwartek - 6 dzień pielgrzymki. Po śniadaniu  pakowanie bagaży do autokaru i wyjazd do Kany Galilejskiej, gdzie zwiedzanie rozpoczęliśmy od franciszkańskiego Kościoła Cudu, w którym obecne pary małżeńskie odnowiły przyrzeczenia małżeńskie. Wszyscy w tym osobliwym miejscu, jedni dla zachowania tradycji, inni z przyjemności, kupowali wino na pamiątkę pobytu w Kanie Galilejskiej. Nabywano też inne pamiątki. Program dnia był bogaty, więc nawiedziliśmy w Nazarecie Grotę i Bazylikę Zwiastowania, wysłuchaliśmy mszy św. w Kościele św. Józefa, przejechaliśmy do Hajfy i nawiedziliśmy sanktuarium maryjne Stella Maris na Górze Karmel. Następnie pojechaliśmy nad Morze Śródziemne celem zwiedzania Cezarei Nadmorskiej, gdzie mogliśmy podziwiać ruiny akweduktu z czasów rzymskich.

Wieczorem wróciliśmy, aby zakwaterować się w hotelu w Betlejem i ze smakiem spożywać obiadokolację. Końcowe dni pielgrzymki wydają się jakby dłuższe ze względu na wyczerpanie organizmu i ogólne zmęczenie. 

 

Piątek - dzień 7 pielgrzymki. Zbliża się koniec pielgrzymowania po Ziemi Świętej i zastanawiam się, czy to przypadek, że w programie narodzenie Pana Jezusa znalazło się na końcu naszej pielgrzymki. Po nawiedzeniu Bazyliki Narodzenia Pana Jezusa udaliśmy się Groty Mlecznej, a następnie na Pole Pasterzy.

Oprócz miejsc związanych z życiem świętej rodziny i działalnością Jezusa, w programie pielgrzymki jest też miejsce na zwiedzenie Muzeum Holokaustu – YadVashem. Zwiedzając to Muzeum, byłem ponownie pod jego wrażeniem, zwłaszcza jego rozbudowy w ciągu ostatnich 12 lat od mojego ostatniego pobytu w Ziemi Świętej.

 

 

Nasuwa mi się refleksja związana nie tylko z Bazyliką Narodzenia Pana Jezusa, ale ze wszystkimi miejscami, które zwiedziliśmy, że podobnie jak przed 2 tysiącami lat, tak i dziś Jezus przychodzi do nas i puka do drzwi naszych serc. Od nas zależy, czy mu otworzymy, czy też nie. Jeżeli mu otworzymy, ubogaci nas wyjątkowymi darami, ukaże nam właściwy sens życia i radość ze służenia drugiemu człowiekowi. Aby to się stało, musimy świętować Boże Narodzenie we właściwy sposób. Musimy mieć pokorne serce, zdawać sobie sprawę z naszego ubóstwa, pragnąć pokoju i radości, które pochodzą od Pana, musimy być otwarci na innych. Nie tylko z tego miejsca, ale z wszystkich, które zwiedziliśmy.

 

Sobota - 8 dzień. Po śniadaniu wyjazd na lotnisko, ale nie tylko, gdyż przewodnik na koniec zaplanował, abyśmy w drodze powrotnej mogli się jeszcze na ostatek „obmyć”, czyli wykąpać w Morzu Śródziemnomorskim.

 

Uwagi i podsumowanie        

Wiele różnych i ciekawych rzeczy widzieliśmy na pielgrzymce poszatkowanej kilometrami przejechanych odcinków, na których mijaliśmy bogactwo i biedę przedstawiające się w postaci bogatych budowli i biednych slumsów.

 

 

 

Natomiast, co ciekawe, samochody dostrzeżesz wszędzie, nawet przy rozwalających się szałasach Beduinów. Wyczuwa się politykierstwo i biznes, widzi się ludzi ubranych elegancko i bardzo biednie. Są tam „wypasione” drogimi towarami sklepy czy markety, jak też i jarmarczne kramy ze wszystkim, co można określić „szwarc, mydło i powidło”. Spotkać można supertechnikę, jak i prymitywne narzędzia, białe i ciemniejsze rasy ludzi - wszystko po strzępku.

Przejeżdżając i obserwując chciałoby się jeszcze tu i tam skoczyć, obejrzeć to i owo, ale w samochodzie wciśnięci w fotele jak sardynki widzimy to, co nam dane widzieć zza szyb samochodu. A widzimy różne mniej lub bardziej zrozumiałe dla nas rzeczy. Napatrzyliśmy się na ich ubiory, zwłaszcza Żydów ortodoksyjnych, i nasłuchaliśmy się od przewodnika o ich sposobie życia i przeżywania szabatu. Pierwsza moja uwaga to taka, że oni przesadzają, gdyż uważam, że szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu.

W Ziemi Świętej noc zapada szybko. Nie ma, tak jak u nas, gdzie zmrok i zmierzch trwa długo. Tam w ciągu kilkunastu minut robi się ciemno i można podziwiać gwiazdy, które zapalają się jakby za pociągnięciem sznurka. Układ gwiazd jest inaczej umiejscowiony niż nad Polską. Tam Gwiazda Północna jest widoczna nisko nad horyzontem, gdyż cały nieboskłon jest przesunięty na południe. Noc jest do spania i niektórzy skarżyli się na dochodzące hałasy z miasta w ciągu nocy. Ponieważ w nocy śpi się przy otwartym oknie, a miasto żyje swoim życiem, więc do północy dochodziły z niego głosy z tętniących gwarami kafejek, dało się usłyszeć jakąś w oddali muzykę, bądź szumy samochodów czy skuterów oraz głosy przechodni. Natomiast kiedy miasto po północy uciszyło się i zapadło w głęboki sen, zakończyły się też kocie wrzaski, które słychać było przy otwartych oknach. Nad ranem o czwartej słychać było nadawany przez głośniki śpiew muezina dochodzący z minaretu. Po nim z kolei włączały się koguty ze swoim pianiem i rozpoczynały koncert, co dla mnie było dużym zaskoczeniem, skąd w środku miasta tyle ich jest. Podejrzewam, że ludzie trzymają tu małe stada kur z piejącymi kogutami i uważają, że kogut musi w stadzie być, jak pasterz wśród owiec. Tam nie dostrzega się, aby bali się ptasiej grypy, jak u nas, gdzie weterynaria wprowadza zakazy ograniczające chów pożytecznego drobiu. Nie dostrzegłem tam takich dużych kurzych ferm, jakie są u nas. Oni pewno użalaliby się nad losem kilku tysięcy kurzych dziewic, które nie zaznawszy koguta, muszą znosić jaja.

Nie mogę opuścić tematu kierowcy, który cały czas woził nas po wszystkich miejscach. Był to bardzo sympatyczny Arab, który znał kilka zdań po polsku. To, co wyprawiał z autokarem podczas podróży, to mistrzostwo świata i trudno sobie to wyobrazić, trzeba było to samemu przeżyć. Miał jakieś konszachty ze świętym Krzysztofem, patronem podróżnych, gdyż to, co wyrabiał na wąskich zatłoczonych uliczkach, to coś wspaniałego, i wielokrotnie dostawał za to od pielgrzymki gromkie brawa. Jakoś nie zauważyłem, czy miał w autokarze powieszoną podobiznę świętego Krzysztofa. Czytałem w książce Melchiora Wańkowicza, że kiedyś jego podobizny w amerykańskich autach były montowane wraz z głośnikiem i połączone z szybkościomierzem. Skoro tylko strzałka przekracza sto km, nad głową św. Krzysztofa zapalała się czerwona lampka i święty odzywa się surowym głosem: „Już jedziesz bez mojej opieki”. Na pielgrzymce na każdym kroku czuliśmy opiekę Bożą i wszystkich świętych, którzy nas strzegli i prowadzili bezpiecznymi drogami.

Byłem przyjemnie zaskoczony, że polskich pielgrzymów na granicach omijały kontrole, przepuszczały nas bez sprawdzania. Wiedzą, że z pielgrzymów żyją i wiedzą, kto to Polacy. Powtórnie wracam do Wańkowicza, gdzie opisuje on, że pewna Meksykanka myślała, że Polacy są czarni. Polaków nigdy nie widziała. A tłumaczyła to tym, że u nich jest z hiszpańskiej rodziny pewna matka, bardzo pobożna, i ma nad łóżkiem Matkę Boską Częstochowską. Ta Polska Madonna jest czarna…

Na każdej wycieczce znaleźć można osobliwych jej uczestników. Jednym był pan Krzysio, z charakterystyczną posturą, wyglądem, ruchami i zachowaniem. Wyglądał na politowania godną postać, i prawie wszyscy starali mu się pomóc bądź ułatwić pobyt, oglądali się za nim, aby nie został zbyt daleko w tyle. Krzysio wcale nie był taki fajtłapa, na jakiego wyglądał, i jak się niektórym wydawało. Pomimo pochylonej sylwetki i wyglądu na osiemdziesięciolatka zupełnie sprawnie się poruszał, wszędzie go było pełno, zwłaszcza kiedy fotografował czy nagrywał wszystkie wydarzenia, których byliśmy widzami i świadkami. Miał wprawdzie swoich opiekunów z rodziny, którzy dbali o niego, a szczególnie podczas śniadań czy obiadokolacji. Przynosili mu posiłki, jakie sobie życzył z karty menu, a ja sam się dziwiłem możliwościom, jakie posiadał. Chociaż też potrafię nie tak mało zjeść, ale do Krzysia było mi daleko w tej materii. Może i dlatego miał tyle sił i energii.

Drugi pan miał osobistego „Anioła Stróża”, który na każdym kroku upominał go i dyrygował nim. A to „Nie odzywaj się”, a to „Uważaj”, „Nie zostań w tyle”, „Nie wychodź do przodu”, „Nie oglądaj się”, „Nie fotografuj pań” i temu podobne uwagi czynił mu na każdym kroku. Przypomniało mi się takie powiedzenie, które w tej sytuacji pasowało do tego pana. „Dziadku, nie chodźcie po ostatku, naprzód nie wybiegajcie i do środka się nie pchajcie”. Czuł się zapewne ten pan jak ten dziadek, który cokolwiek zrobi, to go zganią i wszędzie zawadza.

Każdy w swoim życiu niesie jakiś krzyż. Nie ukrywam, że i ja miałem podczas pielgrzymki ciężkie chwile, dlatego, że w upale ponad 35 stopni opuszczały mnie siły, ale z uśmiechem, z zaciśniętymi zębami starałem się znosić trudy i znoje. Na ciężkie chwile polecam taką modlitwę, „Panie, jeśli się nie da zdjąć krzyża, to wzmocnij mi plecy, abym mógł go dalej dźwigać”. Uważam, że pielgrzymka po śladach Chrystusa była bardzo dobrą okazją do „wzmocnienia pleców” oraz zrozumienia sensu cierpienia i krzyża.

Tę pielgrzymkę mógłbym porównać do mozaiki, składającej się z wielu elementów, która dopiero po skompletowaniu całości przedstawi nam prawdziwy obraz. My też podobnie, podczas całej pielgrzymki, kolejno poznawaliśmy poszczególne detale tej mozaiki. Przedstawiały one fragmenty związane z życiem Jezusa, Matki Maryi i uczniów. A było to: zwiastowanie, narodzenie, wychowanie, wydarzenia z życia i prowadzonej nauki przez Jezusa, jak też dokonywane cuda, przejście drogi krzyżowej, mękę i śmieć Pana Jezusa. Dopiero po zwiedzeniu tych miejsc i po poznaniu wszystkich elementów, wyłonił się prawdziwy obraz tego, co wydarzyło się dwa tysiące lat temu. Warto było przyjechać do tych miejsc, gdzie Jezus narodził się, nauczał i poniósł męczeńską śmierć, ponieważ tam, w tym miejscu, czuło się Jego obecność, wyłaniającą się z ruin i kamieni, które choć nieme, ale przemawiały i potwierdzały świadectwo tych wydarzeń.

W Ewangelii zawiera się jakiś podstawowy paradoks: żeby znaleźć życie, trzeba stracić życie; żeby się narodzić, trzeba umrzeć; żeby się zbawić, trzeba wziąć krzyż. Czuję, jak w tej pielgrzymce poczyna mi się wyrabiać podwójny wzrok. Ten pierwszy to rzeczywistość, która mnie otacza. Ten drugi to tablice historyczne, to lektura płynąca z pisma świętego i Ewangelii oraz spostrzeżenia, które na świeżo tkwią w głowie. Po maratonie pielgrzymowania i szczęśliwym dobrnięciu do końca pielgrzymki jestem obciążony wrażeniami, jak trzmiel miodem, którymi to, jak potrafię, staram podzielić się z Czytelnikami.

Brat Kazimierz Smolak

Msze święte

w niedzielę o:

  • 7:00
  • 9:00
  • 10:30
  • 12:00
  • 14:00 - z udziałem dzieci
  • 17:00
  • 18:00 - w j. ang.  
  • 20:00 - akademicka

w dni powszednie:

  • 7:00
  • 18:00

Liturgia dnia