Kościół Akademicki w Rzeszowie

Parafia Rzymskokatolicka pw. św. Jadwigi Królowej w Rzeszowie, al. T. Rejtana 21

Misje w San Salwador – List nr 4

4 czerwca 2019

Moi Drodzy Przyjaciele!

 

Minęło pół roku misji. Poprzez ten czas, modlitwy, wsparcie i Wasze e-maile, staliście się mi bliżsi, przez co ostatnio częściej piszę, gdyż zawsze jest coś, czym chcę się z Wami podzielić. Jak obiecałam wcześniej, chcę więcej opowiedzieć o naszych przyjaciołach, o ich trudnościach, radościach i działaniu Pana Boga w ich życiu.

Anna

Anna poznała Punto Corazón, kiedy miała 18 lat. Wtedy jej mąż wyjechał do Stanów Zjednoczonych a ona niedługo przed tym, straciwszy ojca, została sama – bez rodziny i przyjaciół, z małym dzieckiem na rękach. Właśnie wtedy usłyszała w radio o Punto Corazón i zadzwoniła. Tak się zaczęła przyjaźń z Anną, a 16 lat później i ja przyszłam do jej domu. Była to jedna z moich pierwszych wizyt, wtedy nie rozmawiałam po hiszpańsku, a jej 16-letni syn Franciszek opowiadał, że wkrótce pogadamy po angielsku, którego musi się nauczyć, gdyż planuje wyjazd do Ameryki. Dowiedziałam się, że chce zarobić pieniądze, żeby kupić rodzicom dom w spokojniejszej dzielnicy. Jakimś cudem dogadywaliśmy się, mieliśmy też któregoś dnia wspólnie w coś zagrać. Nie było mi jednak dane z nim zagrać (kolejny raz zrozumiałam jak ważne jest nie odkładać niczego na dalszą przyszłość) ani porozmawiać, gdyż kiedy ja już nauczyłam się hiszpańskiego – Franciszek wyjechał. Ale o tym za chwilę.

Cudowna rodzinka: uśmiechnięta Anna, jej mąż i dwójka dzieci. Młodszy syn Izaak tego dnia świętował 4. urodziny i wiecie, jakie było jego życzenie, kiedy zdmuchiwał świeczkę? „Żeby Pan Bóg zawsze był z nim!". Oni są jednymi z tych, którzy nie mogą przyjść do naszego domu, więc odwiedzamy ich z wielką chęcią i radością. Podczas jednej z ostatnich wizyt dowiedzieliśmy się, że Franciszkowi udało się dostać do Stanów Zjednoczonych, kraju marzeń dla większości Salwadorczyków, gdzie zarobki są nieporównanie wyższe, ale i pracować trzeba bardzo ciężko.

Powiedziałam „udało się”, bo wyjazd był oczywiście nielegalny. To, co się dzieje w drodze, ludzie opowiadają ze smutkiem, a niektórzy szczegóły zachowują tylko dla siebie. Również i rodzina o tym nie wie. Wcześniej niektórzy przechodzili całą drogę pieszo przez pustynię (całość trwała około miesiąca) gdzie część umierała; część po zatrzymaniu na granicy trafiała do więzienia na 3 miesiące (to już inna historia), a ci, którym udawało się przeżyć, uniknąć więzienia i dostać się do wymarzonego państwa, byli zmuszeni do ciężkiej i jakiekolwiek pracy, tylko żeby przetrwać i wesprzeć rodzinę.

Teraz dużo osób wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych autobusami i tylko krótki odcinek drogi przechodzą pieszo, ale to kosztuje bardzo dużo (kwota mniej więcej równa wypłacie człowieka z naszej dzielnicy za cztery lata!!!). Jednak jest to ciężka droga, cały czas stojąc (!) w autobusie, z bólami, zmęczeniem, ledwo żywi, ale wierzą, że to jest tego warte.

Kiedy rozmawialiśmy z Franciszkiem, zrozumiałam jego radość; znając tutejszą rzeczywistość i żyjąc w tak niebezpiecznej dzielnicy, ciężko wyobrazić sobie tutaj przyszłość dla niego. Tylko za jaką cenę? Pracuje ciężko, chociaż wie, dlaczego. Myślę jednak o jego rodzinie, o zmartwieniu jego mamy. Jaki to smutek, jaka tęsknota! Co jeszcze bardziej jest odczuwalne w święta! Nie wiadomo też, kiedy on wróci do nich i czy w ogóle wróci. Oby był szczęśliwy!

Dowiedzieliśmy się, że inny nasz znajomy, Josue, który ma 18 lat, też wyruszył do Stanów Zjednoczonych. Po trzech tygodniach drogi, przez góry i pustynie, na granicy z USA zatrzymała go policja. Kolejne trzy tygodnie spędził w więzieniu. Nie wiadomo, jak ta sprawa się skończy i jakie będzie jego życie w naszej dzielnicy po powrocie, gdyż podjął decyzję, że nie wstąpi do gangu. Proszę, Kochani, pamiętajcie o tych chłopakach w swoich modlitwach.

Niña Juana (80 lat), o jej córka niña Mercedes (50 lat)

W tym kraju, jeżeli nie pracowałeś oficjalnie, nie otrzymujesz emerytury. Jak w przypadku n. Juany, która nie ma żadnych środków na utrzymanie, a córka, w której mogłaby pokładać nadzieję, przez choroby (epilepsję i uszkodzone biodro po upadku parę lat temu) cały czas spędza w łóżku i sama potrzebuje pomocy. Te dwie szczupłe kobiety cudem pozostają przy życiu. N. Juana sprzedaje butelki plastikowe, więc czasami ktoś wesprze ją butelkami a czasami jedzeniem. Na szczęście wszystkie domy tutaj są zbudowane „ściana w ścianę”, dlatego ich sąsiad, kiedy przykrywał dach swojego domu, przykrył również i dach n. Juany. Tak tutaj jest: biedni pomagają biedniejszym i dzięki czemu wspólnie dają radę.

Podczas jednej z wizyt zapytałam żartem n. Mercedes, kiedy pójdziemy na spacer. Czy można było zadać bardziej głupie pytanie 50-letniej kobiecie, która cały czas leży lub siedzi w łóżku? Tylko n. Mercedes odebrała moje pytanie na poważnie. Nie mogłam uwierzyć, że prowadziłam za rękę kobietę, która od 5 lat nie wychodziła na ulicę.

Kolejnym razem od zmęczenia podczas spaceru poprosiła o wodę, którą musi, lecz zwykle nie chce pić. I ten cudowny uśmiech... Takie chwile czynią mnie szczęśliwszą niż n. Mercedes, więc obie na tym zyskujemy.

Don José Luis (88 lat)

 Podobnie jak n. Juana i n. Mercedes, d. José Luis nie ma nikogo, żeby mu pomóc i państwo również w niczym nie pomaga. Dużo choruje, ma wielkie serce, które uciska na żołądek. Więc co jakiś czas ktoś z nas jedzie z d. José Luisem do szpitala, ktoś inny jedzie do tegoż szpitala po leki i co tydzień uzupełniamy jego pudełko, w którym ma wyznaczone lekarstwa na każdy dzień.

Nie trzeba robić prześwietlenia, żeby zobaczyć, że d. José Luis ma WIELKIE serce. Wystarczy po prostu spędzić trochę czasu z nim, posłuchać jego historii. Nikt z rodziny nie dba o niego, nie odwiedzają go, a co najsmutniejsze, w święta też nikt go nie odwiedził. Pomimo 88 lat ten dziadek jeszcze pracuje – w domu robi krzesełka i stoliki z drewna na sprzedaż, a życzliwi sąsiedzi zawsze przynoszą coś do jedzenia.

 

 

Kochani, serdecznie dziękuję Wam za życzenia urodzinowe i za Wasze modlitwy, niech Pan Bóg obficie Wam pobłogosławi. Odwdzięczam się modlitwą za Was i Waszych bliskich. Z okazji moich urodzin pojechaliśmy nad ocean, więc chcę się podzielić z Wami pięknem tego kraju. Nigdzie nie widziałam plaży z czarnym piaskiem (przyczyną tego zjawiska są wulkany) i z tak ciepłą wodą.

Pozdrowienia z gorącego Salwadoru!

Z modlitwą

Olena

 

Msze święte

w niedzielę o:

  • 7:00
  • 9:00
  • 10:30
  • 12:00
  • 20:00

w dni powszednie:

  • 7:00
  • 18:00

Liturgia dnia